09 stycznia 2025

#1

Dzisiaj skończyłem czytać książkę, którą zacząłem trzy dni temu. Jest to o tyle niesamowite, że zwyczajnie nie jestem w stanie sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz wziąłem do ręki książkę i dotarłem do jej ostatniej strony. Mam tu na myśli nie tygodnie czy miesiące, ale lata zastoju. Dużo czytałem ponad dekadę temu, w gimnazjum, a z czasem problemy z koncentracją stawały się coraz większe, przez co nawet jeśli coś mnie interesowało, zazwyczaj nie było w stanie utrzymać mojej uwagi przy sobie. Wkrótce długie formy zastąpiły te krótkie, a później moje życie kręciło się już tylko wokół używek. 

Na przełomie ostatnich dwóch lat już dwa razy byłem bliski śmierci, a przynajmniej tych dwóch razów jestem w pełni świadomy, z czego jeden z nich był związany bezpośrednio z narkotykami. Drugi był zwykłym przypadkiem - zachorowałem w wyjątkowo dobrym okresie mojego życia i wylądowałem w szpitalu. Wtedy pierwszy raz doszedłem do wniosku, że chcę żyć. Tylko czy naprawdę tak jest? Jak to możliwe, że chcę dalej istnieć, skoro za każdym razem zataczam koło i staram się skrócić swoją egzystencję? Z każdym kolejnym razem, kiedy pękam, czuję się coraz bardziej żałośnie.

To, że sięgnąłem akurat po ten konkretny tytuł, traktuję trochę jako znak od wszechświata, że czas wziąć się w garść. Czytając tę historię, momentami czułem się jakbym patrzył na siebie z trzeciej osoby - widziałem te same zachowania, te same schematy myślenia. Najwyraźniej my wszyscy narkomani to jedna rodzina. 

Zeszły rok mnie przeżuł i wypluł. Nie byłem w stanie w żaden sposób przygotować się na to, co mnie spotkało, mimo że w jakiś sposób spodziewałem się, że taka sytuacja może mieć kiedyś miejsce. Z drugiej strony, wiedziałem też, że na takie wieści zwyczajnie nie da się przygotować psychicznie, ale chyba głupio wierzyłem, że jestem silniejszy niż wszyscy, w końcu przeżyłem tak wiele żyć... No cóż, przeliczyłem się. Rozsypałem się, uciekłem w moje "bezpieczne miejsce" czyli używki, ale chcąc zachować status trzeźwego od narkotyków, rzuciłem się na alkohol, na który mimo wszystko, patrzy się o wiele bardziej przychylnie. Przeliczyłem się też myśląc, że jeśli narkotyki są moim głównym problemem, to alkohol mną nie zawładnie, ani nie sprawi, że znowu zacznie chcieć mi się ćpać.  Końcówka listopada była nieprawdopodobnie ciężka, ale nie sądziłem, że będzie niosła ze sobą aż takie konsekwencje. Czuję się jakbym cofnął się do poprzedniego razu, kiedy rzucałem narkotyki, a to bardzo rozczarowujące, bo wytwarza we mnie poczucie, że straciłem cały ten progres, o który tak mocno walczyłem. Prawda jest taka, że ostatnio znowu nie panuję nad swoimi dołami i jedna mała rzecz potrafi zaprosić mnie do wzięcia udziału w Rodeo Autodestrukcja. Nie pamiętam kiedy ostatnio miałem takie siedem dni, żebym nie schlał się w trupa chociaż raz. Trochę dobija mnie też, że odnoszę wrażenie, że moi bliscy nie zdają sobie sprawy jak wielka jest skala mojego problemu, bo zawsze byłem wysokofunkcjonującym narkomanem. Co prawda dwa lata temu jeszcze byłem wychudzony i wyglądałem jak śmierć, a rok temu o tej porze miałem krwotoki z nosa, których nie dawało się zatamować, ale chodziłem do pracy i wywiązywałem się ze swoich obowiązków. Czasem myślę, że powinienem był się rozpierdolić bardziej teatralnie, żeby ktoś wziął mnie na poważnie. 

Od wielu, wielu lat nie złapałem tak potężnej hiperfiksacji jak teraz i wiem, że to brzmi absurdalnie głupio, ale gdyby nie to, prawdopodobnie nie powiedziałbym nikomu nic na temat swojego stanu i dalej udawałbym, że wszystko jest w porządku. Ciężko jest nie mieć autorefleksji, kiedy słyszysz jak ktoś opowiada, że u niego problem nie tkwi w samym piciu, a w tym, do czego to picie prowadzi. Że wiadomo, że jak się napijesz to w końcu trochę przygaśniesz, a na to najlepsze są kreski, natomiast na zbyt dużą ilość kresek (bo jeszcze nikt nigdy nie zatrzymał się na jednej) najlepsze jest wzięcie ulubionego depresantu - dlatego picie odpada. Mój mózg też jest okablowany w dokładnie taki sam sposób i na tym etapie udowodniłem sobie to już wielokrotnie, więc może czas spojrzeć prawdzie w oczy, bo w innym wypadku będę się w nieskończoność macał przez ścianę z byciem trzeźwym i do niczego mnie to nie doprowadzi. No chyba, że do zgonu.

Dzisiaj dopiero trzeci dzień bez alkoholu. 


/ / /


   „W Wielkiej księdze AA znajduje się fragment o oszukiwaniu siebie, o tych, którym wydaje się, że pewnego dnia będą mogli pić jak wszyscy inni. Są porównywani do ludzi, którzy stracili nogi. Nowe im nie urosną. Kolesie, którzy twierdzą, że przyjdzie taki dzień, kiedy będą mogli wrócić do używek, bredzą. Słyszałem te oklepane teksty - o tym, że podczas spotkań twoje uzależnienie czeka na ciebie na parkingu i robi pompki, szykując się na moment, gdy postanowisz, że już jest z tobą dobrze i zrezygnujesz z leczenia - i to wszystko prawda, ale Bocanegra przez cały czas się oszukiwał. Któregoś dnia jechaliśmy jego autem i nagle powiedział, żebym sięgnął do schowka. Wsunąłem tam rękę i okazało się, że ma tam pieprzoną strzykawkę. Gość trzymał strzykawkę w schowku pod deską rozdzielczą. Nigdy nie mówił: „Pewnego dnia będę w stanie znowu brać”, ale miał w aucie strzykawkę, a to wprost sugerowało, że tak właśnie sądził. Właśnie o tym mówi Wielka księga.
   To wydarzenie było niezwykle otrzeźwiające, w najprawdziwszym znaczeniu tego słowa, choć wcale nie potrzebowałem przypomnienia, że to gówno - jak to mówią na spotkaniach - jest przebiegłe, potężne i potrafi zaskakiwać. Przecież też mogłem tak skończyć...”