11 kwietnia 2025

#2 F: "Weź wpisz "rockowe bary Warszawa"..."

Pamiętasz jak poszliśmy do Whiskey in the Jar na Politechnice, i mimo że wyszykowaliśmy się jak na filmową randkę i nie wybraliśmy najtańszych drinków, obsługa olewała nas dobre półtorej godziny? Byliśmy strasznie wkurwieni (mogliśmy przewidzieć jaki będzie efekt końcowy, biorąc pod uwagę nazwę...), ale nie chcieliśmy wracać do domu i mieć zepsutego wieczoru, więc stanęliśmy przed tą pożal się boże "luksusową" knajpą i zaczęliśmy szukać - uwaga, nasze ulubione określenie - ROCKOWYCH barów. Wtedy dowiedzieliśmy się o istnieniu czegoś takiego jak pub Rock N Roll, który jest niczym innym niż speluną klasy średniej. Kochałem tam z Tobą chodzić. Kochałem się Tobą chwalić, popisywać, a ponadto kochałem, że naprawdę byliśmy jak Poison Ivy i Lux Interior. Gdzie byśmy się nie pojawili, robiliśmy na ludziach wrażenie jakbyśmy byli gwiazdami muzyki. Pamiętasz jak właściciel wyżej wymienionego baru, Marcin, zapytał co chcemy do picia i nie mogłaś się zdecydować, a wtedy on zaczął wypytywać Cię o smaki, które lubisz i zrobił Ci autorskiego drinka? A kiedy powiedziałaś, że Ci nie smakuje, sam go dopił, a Tobie zrobił nowego, innego za darmo? Myślę, że na spokojnie można to nazwać VIPowskim traktowaniem. "Moja ulubiona para idzie!" tak mówił na nasz widok. Zresztą nie tylko on. Jednak nie odbiegając - pamiętasz jak ta pierwsza wizyta zaczęła u nas epizod bywania tam trochę za często jak na zwykłego śmiertelnika i w pewnym momencie mieliśmy pod kontrolą repertuar całego wieczoru? Rock N Roll był nasz. 

Jak dziś pamiętam nasze pijane powroty na Gdański, nocne wchodzenie do tego zalanego najbrzydszym niebieskim, mikroskopijnego przedpokoju i finalnie, za niemalże każdym razem, budzenie jednego ze współlokatorów. Pamiętam zazdrość w oczach dziewczyny mojego brata, kiedy w takim stanie chichotaliśmy do siebie cicho, mając problem ze ściągnięciem butów przez ilość procentów pulsującą w naszych żyłach. Byliśmy dziwnie wyglądający, łamiący zasady i tabu, biorący narkotyki, pijący alkohol, nie bojący się konsekwencji i kary, tak długo, jak byliśmy we dwójkę. 

Natural Born Killers. 

True Romance. 

Sid and Nancy. 

Byliśmy marzeniem, fantazją zbuntowanej nastolatki, która chciała być inna niż wszyscy i znaleźć sobie kogoś tak samo odstającego od reszty, kto będzie patrzył na świat przez te same okulary i szedł z nią ramię w ramię. Niestety nikt jej nie powiedział, że takie historie zdarzają się raz na milion.

Zanim zostanę być przedwcześnie krytykowany - nie, nie wybielam naszej ekstremalnej pod każdym względem relacji, absolutnie. Chodzi mi o to, że jestem w stanie z ręką na sercu przysięgnąć, że te ekstrema dotyczyły absolutnie WSZYSTKIEGO. Dlatego właśnie kiedy byliśmy dobrzy - nie byliśmy tylko dobrzy - byliśmy najlepsi. Za to w sytuacji, kiedy coś nie grało, reagowaliśmy na siebie jadem i pogardą. Taka już była nasza natura, bo wiesz, w momencie gdy całe życie traktują Cię jak słabsze ogniwo, kiedy w końcu odbijesz się od dna, nie bierzesz już jeńców, a strzelasz w tył głowy. 



10 kwietnia 2025

#1 F: Heroin chic i "Heroin" od The Velvet Underground

 W gruncie rzeczy mogłem się spodziewać, że będziesz mnie obwiniać o uzależnienie Cię od narkotyków, zresztą dokładnie tak samo, jak ja obwiniałem Ciebie... Prawda jest jednak taka, że zarówno Ty, jak i ja, byliśmy wannabe-junkies długo przed tym jak się poznaliśmy. Byłem stałym bywalcem Hyperreala od czasów gimnazjum, spróbowałem moich pierwszych opioidów mając piętnaście lat i też w tym wieku stworzyłem swój "kodeks" (który, tak jak każdy narkoman, złamałem) traktujący o tym, co będę skłonny wziąć, jeśli nadarzy mi się okazja, a co nie. Ty przedawkowywałaś leki będąc mniej-więcej na tym samym etapie życia, maksymalnie chwilę później. Wiem, że chodziłaś po znajomych i pytałaś czy są Ci w stanie coś załatwić. 

Nie mam Ci absolutnie za złe, że tak to odczułaś, nie jestem hipokrytą - wbrew tego jakie negatywne myśli przelatują Ci przez głowę w momencie, kiedy analizujesz moje wady - to byłoby zwyczajnie głupie, gdybym miał do Ciebie żal o to, że myślałaś dokładnie tak samo jak ja. 

Koniec końców nie ma mnie bez Ciebie ani Ciebie beze mnie, także dość logicznym jest, że nasz strumień świadomości się pokrywa , nawet kiedy się akurat nienawidzimy. 

Żałuję po prostu, że nie mieliśmy okazji tego przegadać. Tego i wielu innych rzeczy. Tak naprawdę po naszej ponad rocznej rozłące powinniśmy byli usiąść i przejść całą naszą patologiczną historię krok po kroku, od pierwszego dnia, od miłości od pierwszego wejrzenia. Nie mogę sobie wybaczyć, że tak to spierdoliliśmy, a ja to uśmierciłem. Byliśmy świadomi, że takie przypadki zdarzają się tylko w filmach czy książkach, że mamy coś specjalnego, a to i tak nie było wystarczające, żeby pchnąć nas do naprawy zarwanych fundamentów tej relacji. 

Jesteś moim największym zwycięstwem i moją największą porażką. Nie ma słów, które potrafiłyby wyrazić jak bardzo za Tobą tęsknię. Nie jestem w stanie zapełnić pustki, którą po sobie zostawiłaś.

09 stycznia 2025

#1

Dzisiaj skończyłem czytać książkę, którą zacząłem trzy dni temu. Jest to o tyle niesamowite, że zwyczajnie nie jestem w stanie sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz wziąłem do ręki książkę i dotarłem do jej ostatniej strony. Mam tu na myśli nie tygodnie czy miesiące, ale lata zastoju. Dużo czytałem ponad dekadę temu, w gimnazjum, a z czasem problemy z koncentracją stawały się coraz większe, przez co nawet jeśli coś mnie interesowało, zazwyczaj nie było w stanie utrzymać mojej uwagi przy sobie. Wkrótce długie formy zastąpiły te krótkie, a później moje życie kręciło się już tylko wokół używek. 

Na przełomie ostatnich dwóch lat już dwa razy byłem bliski śmierci, a przynajmniej tych dwóch razów jestem w pełni świadomy, z czego jeden z nich był związany bezpośrednio z narkotykami. Drugi był zwykłym przypadkiem - zachorowałem w wyjątkowo dobrym okresie mojego życia i wylądowałem w szpitalu. Wtedy pierwszy raz doszedłem do wniosku, że chcę żyć. Tylko czy naprawdę tak jest? Jak to możliwe, że chcę dalej istnieć, skoro za każdym razem zataczam koło i staram się skrócić swoją egzystencję? Z każdym kolejnym razem, kiedy pękam, czuję się coraz bardziej żałośnie.

To, że sięgnąłem akurat po ten konkretny tytuł, traktuję trochę jako znak od wszechświata, że czas wziąć się w garść. Czytając tę historię, momentami czułem się jakbym patrzył na siebie z trzeciej osoby - widziałem te same zachowania, te same schematy myślenia. Najwyraźniej my wszyscy narkomani to jedna rodzina. 

Zeszły rok mnie przeżuł i wypluł. Nie byłem w stanie w żaden sposób przygotować się na to, co mnie spotkało, mimo że w jakiś sposób spodziewałem się, że taka sytuacja może mieć kiedyś miejsce. Z drugiej strony, wiedziałem też, że na takie wieści zwyczajnie nie da się przygotować psychicznie, ale chyba głupio wierzyłem, że jestem silniejszy niż wszyscy, w końcu przeżyłem tak wiele żyć... No cóż, przeliczyłem się. Rozsypałem się, uciekłem w moje "bezpieczne miejsce" czyli używki, ale chcąc zachować status trzeźwego od narkotyków, rzuciłem się na alkohol, na który mimo wszystko, patrzy się o wiele bardziej przychylnie. Przeliczyłem się też myśląc, że jeśli narkotyki są moim głównym problemem, to alkohol mną nie zawładnie, ani nie sprawi, że znowu zacznie chcieć mi się ćpać.  Końcówka listopada była nieprawdopodobnie ciężka, ale nie sądziłem, że będzie niosła ze sobą aż takie konsekwencje. Czuję się jakbym cofnął się do poprzedniego razu, kiedy rzucałem narkotyki, a to bardzo rozczarowujące, bo wytwarza we mnie poczucie, że straciłem cały ten progres, o który tak mocno walczyłem. Prawda jest taka, że ostatnio znowu nie panuję nad swoimi dołami i jedna mała rzecz potrafi zaprosić mnie do wzięcia udziału w Rodeo Autodestrukcja. Nie pamiętam kiedy ostatnio miałem takie siedem dni, żebym nie schlał się w trupa chociaż raz. Trochę dobija mnie też, że odnoszę wrażenie, że moi bliscy nie zdają sobie sprawy jak wielka jest skala mojego problemu, bo zawsze byłem wysokofunkcjonującym narkomanem. Co prawda dwa lata temu jeszcze byłem wychudzony i wyglądałem jak śmierć, a rok temu o tej porze miałem krwotoki z nosa, których nie dawało się zatamować, ale chodziłem do pracy i wywiązywałem się ze swoich obowiązków. Czasem myślę, że powinienem był się rozpierdolić bardziej teatralnie, żeby ktoś wziął mnie na poważnie. 

Od wielu, wielu lat nie złapałem tak potężnej hiperfiksacji jak teraz i wiem, że to brzmi absurdalnie głupio, ale gdyby nie to, prawdopodobnie nie powiedziałbym nikomu nic na temat swojego stanu i dalej udawałbym, że wszystko jest w porządku. Ciężko jest nie mieć autorefleksji, kiedy słyszysz jak ktoś opowiada, że u niego problem nie tkwi w samym piciu, a w tym, do czego to picie prowadzi. Że wiadomo, że jak się napijesz to w końcu trochę przygaśniesz, a na to najlepsze są kreski, natomiast na zbyt dużą ilość kresek (bo jeszcze nikt nigdy nie zatrzymał się na jednej) najlepsze jest wzięcie ulubionego depresantu - dlatego picie odpada. Mój mózg też jest okablowany w dokładnie taki sam sposób i na tym etapie udowodniłem sobie to już wielokrotnie, więc może czas spojrzeć prawdzie w oczy, bo w innym wypadku będę się w nieskończoność macał przez ścianę z byciem trzeźwym i do niczego mnie to nie doprowadzi. No chyba, że do zgonu.

Dzisiaj dopiero trzeci dzień bez alkoholu. 


/ / /


   „W Wielkiej księdze AA znajduje się fragment o oszukiwaniu siebie, o tych, którym wydaje się, że pewnego dnia będą mogli pić jak wszyscy inni. Są porównywani do ludzi, którzy stracili nogi. Nowe im nie urosną. Kolesie, którzy twierdzą, że przyjdzie taki dzień, kiedy będą mogli wrócić do używek, bredzą. Słyszałem te oklepane teksty - o tym, że podczas spotkań twoje uzależnienie czeka na ciebie na parkingu i robi pompki, szykując się na moment, gdy postanowisz, że już jest z tobą dobrze i zrezygnujesz z leczenia - i to wszystko prawda, ale Bocanegra przez cały czas się oszukiwał. Któregoś dnia jechaliśmy jego autem i nagle powiedział, żebym sięgnął do schowka. Wsunąłem tam rękę i okazało się, że ma tam pieprzoną strzykawkę. Gość trzymał strzykawkę w schowku pod deską rozdzielczą. Nigdy nie mówił: „Pewnego dnia będę w stanie znowu brać”, ale miał w aucie strzykawkę, a to wprost sugerowało, że tak właśnie sądził. Właśnie o tym mówi Wielka księga.
   To wydarzenie było niezwykle otrzeźwiające, w najprawdziwszym znaczeniu tego słowa, choć wcale nie potrzebowałem przypomnienia, że to gówno - jak to mówią na spotkaniach - jest przebiegłe, potężne i potrafi zaskakiwać. Przecież też mogłem tak skończyć...”